Uczelnie bez polityków: autonomia zamiast władzy rektorskich oligarchii

Reforma Jarosława Gowina z 2018 roku sprzedawała „autonomię uczelni”, a w praktyce oddała władzę rektorom i radom uczelni z zewnętrznymi interesariuszami. Razem broni innej autonomii — realnej niezależności badań od nacisków politycznych i biznesowych oraz demokracji akademickiej. W programie: zniesienie uznaniowości ministra przy akredytacji kierunków i nadzór nad fabrykami dyplomów.

Historyczny widok gmachu Uniwersytetu Królewsko-Warszawskiego — symbol uczelni jako dobra wspólnego, niezależnego od bieżącej polityki.

„Autonomia uczelni" to jedno z tych słów, którymi łatwo się posługiwać w obie strony. Kiedy w 2018 roku Jarosław Gowin przeprowadzał swoją reformę nauki — tak zwaną Ustawę 2.0 — sztandarowym hasłem była właśnie autonomia. Partia Razem od początku wskazywała, że pod tym szyldem dzieje się coś odwrotnego: autonomię uczelni jako wspólnoty zamieniano na autonomię jej władz. To rozróżnienie jest dziś sednem tego, co Razem proponuje dla zarządzania polską nauką.

Autonomia rektorów zamiast autonomii uczelni

W stanowisku popierającym Akademicki Komitet Protestacyjny Razem streściło mechanizm reformy jednym zdaniem: „Autonomia uniwersytetu zostanie sprowadzona do autonomii rektorów, a wpływy partyjnej polityki na życie uczelni będą wzmacniane przez nowo utworzony organ – radę uczelni". Rada uczelni to ciało, w którym — jak wtedy zwracano uwagę — ponad połowa składu miała pochodzić spoza środowiska akademickiego. Rektor zyskał prawo mianowania dziekanów i dyrektorów instytutów, dotąd wybieranych przez pracowników. Władza, która wcześniej była rozproszona i wyłaniana oddolnie, spłynęła w górę i na zewnątrz — ku administracji i „interesariuszom".

Razem porównało to wtedy do rozwiązań z zupełnie innej epoki, przypominając, że likwidacja kolegialności organów uczelnianych i oddolnej kontroli miała już swój precedens w ustawie z 1968 roku. Analogia jest celowo niewygodna: chodzi o pokazanie, że centralizacja władzy na uczelni i podatność na naciski polityczne to nie nowość, lecz stary wzorzec w nowym opakowaniu. W tym samym dokumencie partia formułowała żądania, które do dziś wyznaczają jej linię — „demokratyzacji uczelni", „autonomii uczelni" rozumianej jako niezależność od rektorskiej oligarchii, oraz wprost „uczelni bez polityków", czyli „zaprzestania ataków na niezależność nauki i zabezpieczenia wolności badań przed stronniczą konstrukcją programów grantowych oraz ingerencjami politycznymi".

O jaką autonomię chodzi. W sporze o uczelnie mieszają się dwa różne znaczenia słowa „autonomia". Pierwsze to niezależność instytucji od państwa i polityki — wolność prowadzenia badań i nauczania bez nacisku ministra czy lokalnego układu. Drugie to swoboda decyzyjna władz uczelni wobec własnej społeczności. Reforma z 2018 roku wzmacniała to drugie kosztem pierwszego. Razem broni pierwszego: autonomii nauki, nie autonomii rektorów.

Niezależność, której nie da się mieć bez demokracji

Sens tej obrony jest praktyczny, nie tylko ustrojowy. Program Razem stawia sprawę wprost już we wstępie do rozdziału o nauce: „Zapewnimy niezależność nauki" — bo bez niej nie ma wiarygodnych badań. Uczelnia zależna od kaprysu ministra albo od lokalnego polityka przestaje być miejscem, gdzie można powiedzieć rzecz niewygodną dla władzy. A nauka, która nie może być niewygodna, przestaje być nauką i staje się propagandą z pieczątką.

Dlatego w aktualnym programie pojawia się konkretny punkt uderzający w polityczną uznaniowość: zniesienie swobody ministra przy decyzjach o akredytacji kierunków studiów. Dziś to narzędzie pozwala urzędnikowi arbitralnie decydować o losie całych kierunków — a więc i o tym, co wolno badać i czego uczyć. Razem chce ten wentyl politycznego wpływu zakręcić, a jednocześnie wzmocnić realny nadzór nad jakością tam, gdzie jest on potrzebny: nad prywatnymi szkołami wyższymi „służącymi za fabryki dyplomów". To dwa ruchy w jednym — mniej polityki w decyzjach o treści nauczania, więcej rzetelnej kontroli jakości samego kształcenia.

Co proponuje Razem

Zapewnimy wysoką jakość kształcenia na studiach. Zniesiemy uznaniowość ministra przy decyzjach o akredytacji kierunków studiów. Zwiększymy nadzór Polskiej Komisji Akredytacyjnej nad nowo otwieranymi kierunkami oraz nad prywatnymi szkołami wyższymi, służącymi za fabryki dyplomów.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. „Nauka — warunek rozwoju”, partiarazem.pl
  • Zniesienie uznaniowości ministra przy akredytacji kierunków — odebranie polityce narzędzia arbitralnego decydowania o tym, co wolno studiować i badać.
  • Silniejszy nadzór nad jakością kształcenia — realna kontrola Polskiej Komisji Akredytacyjnej nad nowymi kierunkami i prywatnymi „fabrykami dyplomów".
  • Obrona niezależności nauki i demokracji akademickiej — wolność badań chroniona przed naciskami politycznymi i biznesowymi, zgodnie z linią, którą Razem trzyma od czasu sprzeciwu wobec Ustawy 2.0.

Odpolitycznienie uczelni jest drugą stroną tego samego medalu, co finansowanie ich przez państwo: skoro to państwo ma wykładać na naukę pieniądze — bo, jak przekonujemy w tekście o roli państwa w innowacjach, nie udźwignie tego sam rynek — to tym mocniej trzeba pilnować, by finansujący nie zaczął dyktować wyników. Demokracja akademicka ma tu też wymiar czysto pracowniczy: prawo społeczności uczelni do współdecydowania i do obrony swoich interesów łączy się z prawem do organizowania się, o którym pisze serwis pracowniczy Razem w tekście o wolnych związkach zawodowych.

Źródła i dalsza lektura